W moim dotychczas, zupełnie nic nie znaczącym życiu, już od dawna tryumf brała zazdrość. Wstyd, że skromna, cicha, acz na pozór szczęśliwa gówniara, którą jestem potrafi pożądać aż tak wiele. Ludzie są różni, ja również jestem różna. Zawsze pragnęłam posiadania. Nie materialnego, tylko emocjonalnego. Dziś nastąpił przełom. Miejmy nadzieję, iż na długo.
Stworzyłam pewną hierarchę. Dała mi ona świeży punkt widzenia, który będę pielęgnować, i którego postaram się nie stracić, co jest rzeczą raczej niemożliwą w moim przypadku. Właśnie dlatego o tym piszę. Mam nadzieję, iż puszczając to w sieć, moja powinność zachowania prawdziwości weźmie górę i pozwoli mi (w końcu) na utrwalenie własnych przekonań.
Lecz bez owijania w bawełnę. Moja zazdrość objawiała się zazwyczaj w kwestii kulturowej. Podziwiałam ludzi, którzy są oczytani, którzy oglądnęli wiele filmów, czy zobaczyli sporo miejsc, zabytków i krajów. Jakże więc zacne motto przemówiło do mnie na dzisiejszym spacerze. "Liczy się jakość, nie ilość". Jakże ja byłam głupia myśląc inaczej. A ile nienawiści wytworzyłam w swym, stosunkowo niewielkim ciele. Postanowiłam więc stać się egoistką (z dwojga złego lepiej w tę stronę). Zrobię coś w końcu dla siebie i zamiast dziko walczyć i doświadczać tych dóbr kulturowych, których zazwyczaj zażywają moi znajomi, będę wybierać te obiekty, które leżą w moich zainteresowaniach. A jakie są moje zainteresowania...? Tego jeszcze nie wiem. W końcu wciąż płynęłam jak martwa ryba z prądem.
Przeżywam bardzo duże katharsis.
Czuję się oczyszczona i wolna.
Nie chcę już więcej zawieść siebie.
Nie chcę zagubić się w swej egzystencji.
Chcę w końcu pozwolić sobie na siebie.
Właśnie tworzę nowy początek.
Tworzę mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz